wtorek, 5 maja 2015

I want to be your only Ace ~ Wstęp


Annyeong! ~ (≧∇≦) Miałam cholerną ochotę na tworzenie. No i bum. To opowiadanie będzie o pairingu naszego uroczego maknae Taesia z SHINee z pewną dziewczyną o imieniu Ami, która jest wymysłem mojej wyobraźni. Dla fanów yaoi, JongKey, 2min, OnTae etc, spokojnie! Oneshoty na pewno się pojawią, a może nawet stworzę coś dłuższego. Kocham shipować szajniaków, ale najzwyczajniej w świecie chciałam zrobić coś długiego, a yaoice mi na dłuższą metę nie idą. Poza tym chcę wczuć się główną bohaterkę jak najbardziej się da. Priorytetem jest przewodni temat, Ami i Taem. Będę pisać głównie z perspektywy Amm i zastanawiam się też nad perspektywą Taemina. W końcu wtedy mogłabym detaliczniej opisywać jego uczucia. No zobaczymy, wyjdzie w praniu. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Konstruktywna krytyka bardzo mile widziana. No to zapraszam misie!

***

Styczeń 2005, Seoul, Korea Południowa

Nazywam się Ami Yuno. Urodziłam się w Japonii w mieście Kobe, 23 grudnia całe dziesięć lat temu. Przez pierwsze dwa lata mojego życia mieszkałam z moim ojcem w niewielkim miasteczku, właściwie można by rzec, na wsi, o nazwie Shingõ. Tata miał tam kameralną świątynię, należącą niegdyś do naszej dalekiej rodziny. Otrzymał ją tak jakby w spadku. Oczywiście nie pamiętam nic z tego okresu, ośmielę się stwierdzić, że nie znam mojego staruszka, natomiast ów informacji dowiedziałam się całkowicie przypadkiem, od pewnej kobiety, która go znała. Niestety, więcej nie było dane mi usłyszeć, gdy tylko nieznajoma pani ujrzała obok mnie moją matkę, która momentalnie skarciła ją wzrokiem, niemalże od razu przestała mówić. Zaraz potem wtopiła się w tłum idących ludzi, nawet nie racząc na mnie spojrzeć. Więcej jej już nie zobaczyłam. Jak mniemam, nie mogłam, a raczej moja matka nie chciała bym poznała więcej szczegółów z mojego wczesnego dzieciństwa i życia ojca. Cóż. Ces't la vie, tak mówią. Nie próbowałam wyciągać z niej czegokolwiek. Z góry wiedziałam, że próby i tak poszły by na marne, ona nie potrafi rozmawiać z drugim człowiekiem. Gdyby się nad tym zastanowić, to jestem pewnie niechcianym dzieckiem. Zatem udajmy się dalej... Po dwóch latach spędzonych z moim ojcem, mama zabrała mnie do Polski ze swoim nowym wybrankiem, gdzie zostałam ochrzczona i noszę aktualnie drugie imię Joanna, do którego jednak rzadko kiedy się przyznaję, bo bardzo go nie lubię. Tak po prostu. A jak nie mam wyboru, to mówię, że jestem Jane albo Joan, no bo brzmi trochę lepiej. Z dwojga złego lepiej w tę stronę. Mieszkaliśmy tam osiem dobrych lat. Dobrych w znaczeniu przenośnym, nie dobrych w istocie. Gdy mama postanowiła rozwieść się z dotychczasowym mężem, urodziła sobie w głowie kolejne plany na przyszłość. Nawiasem mówiąc, ten mężczyzna miał na imię Jan, a z tego co wyczytałam moje imię ze chrztu jest żeńskim odpowiednikiem jego imienia. Nie lubiłam tego człowieka, więc już wiem skąd ten uraz do Joanny. Wracając. Rozwiedli się jak miałam osiem lat. Wtedy oznajmiła mi, że za dwa lata wyprowadzamy się do Korei Południowej, bo się zakochała i chce byśmy razem tam zamieszkali. Tak, ów obiekt miłości mojej mamy był powodem, dla którego rozwiodła się z poprzednim. I tak, ów człowiek był Koreańczykiem. Wobec tego miałyśmy dwa lata, by nauczyć się języka. Jako że nasz ojczysty jest także językiem wschodnioazjatyckim, koreański szedł jak po maśle. W wyznaczonym przez matkę czasie, potrafiłyśmy już perfekcyjnie operować wcześniej wspomnianym językiem, toteż swobodnie mogłyśmy wyjechać do Seoulu. W końcu jej nowy mąż czeka na nas już pełne dwa lata.

29 grudzień 2005, Seoul, Korea Południowa

Kilka dni temu dotarłyśmy. Mam już dziesięć lat. I znam już historię moją, mojego ojca, matki. Wiem o wszystkim. Jestem świadoma w stu procentach. Niestety nie mogę nic zrobić, muszę dalej istnieć. Istnieć, bo w zasadzie nie nazwę tego co mam życiem.

Rok 2006, Seoul, Korea Południowa

Czuję się tak obco, nijako. Dookoła mnie te same, powtarzające się szczęśliwe spojrzenia, uśmiechnięte buzie. Te fałszywe pozytywne emocje. Nie zaprzeczę, mam wiele koleżanek, kolegów, ale mimo to... czuję ogromną pustkę. Oni wszyscy są tacy sami. Nie mam nikogo. Ja chyba nie lubię ludzi.

Siedziałam w ławce na lekcji matematyki, zapatrzona w widok za oknem i jak zwykle kontemplując nad czymś innym niż nauka. Właściwie byłam jedną z wzorowych uczennic, to nie miałam się czym martwić. Meh... Za rok kończę szkołę podstawową, wówczas zacznie się okres gimnazjum. Nie... Jak o tym myślę, to mnie ściska w żołądku. Trzy lata istnej mordęgi, znowu z innymi ludźmi, w dodatku z głupimi w większości. Jeny... Niech to się wreszcie skończy. 

Moja szkoła podstawowa znajduje się w kompleksie dwóch budynków, podstawówka jest odłączona od gimnazjum i liceum, które mieszczą się w jednej szkole. Jakiś czas temu, coś sprawiło, że poczułam się lepiej. Nagle wzeszło słońce nad szarym horyzontem w mojej głowie i wnętrzu.

Kilka dni temu...

Przerwa na lunch. Na dworze panuje dotkliwy chłód, więc wszyscy zostają w sali. No poza mną.
- Amiiiiś, chodź do nas, zjemy razem lunch! Naprawdę się dziś postarałam... - usłyszałam głos rozweselonej Seoyeon gdy tylko podniosłam się z siedzenia. Seo jest bardzo fajną, dobrą dziewczyną. Nawet ją lubię. Ale mimo wszystko nie chcę się za bardzo spoufalać, nie chcę narażać jej na rozczarowanie, w razie gdyby okazało się, że jestem kompletnie inna niż myśli. Co by tu powiedzieć, żeby jednocześnie uwierzyła i nie poczuła się odtrącona...
- Przepraszam Seoś, ale dzisiaj chcę zjeść sama na zewnątrz. Mianhae... Oby przyjęła to szybko do wiadomości. 
 - Naprawdę zamierzasz jeść w taką pogodę na dworze? No... Dobra, jak chcesz. Ale jak zmienisz zdanie to zawsze jesteś mile widziana! - rzuciła w moją stronę nie zapominając o uśmiechu. Uff...
- Tak, wiem, dziękuję. - uśmiechnęłam się w geście podzięki i pomachałam opuszczając salę. Poszło łatwiej niż się spodziewałam. Dobrze, że jest taka wyrozumiała. To naprawdę genialna cecha. Przechadzając się szkolnymi korytarzami w stronę wyjścia zauważyłam rzeczywistą okropność dzisiejszej pogody. Ale i tak, ja lubię mrok i szarzyznę. Tak wolno idę, że zaraz mi się przerwa skończy. Muszę się pospieszyć, przynajmniej mam to szczęście, że jestem aspołeczna i nikt nie stanie mi na drodze. Wykrakałam, jak się okazało. Chwilę potem wpadłam na jakiegoś chłopaka, przy czym wypadło mi pudełko z jedzeniem. Niech to... Już prawie dotarłam do wyjścia. Jeszcze te dziurawe ręce. Podniosłam się, z naburmuszoną miną i nim się zorientowałam chłopak podniósł mój lunch.
- Rety, prze-przepraszam! Tak się spieszyłem, że nie zauważyłem cię. Naprawdę nie miałem złych intencji. Proszę, to twoje - praktycznie wysapał te słowa, słychać było, że się zmęczył. Wystawił nieśmiało ręce ku mnie podając moje jedzenie. Gdy uniosłam wzrok do góry doznałam lekkiego szoku. Może raczej, byłam tak zdziwiona, aż zaniemówiłam. Ten chłopak wyglądał jak anioł. Miał delikatną, dziewczęcą twarz, cerę jak niemowlę. Oczy czarne i tak głębokie, że można było w nich zatonąć. Jak gdyby bezdenny ocean. Jego usta były duże i jasno różowe. Czarne włosy obcięte niedbale gdzieś za uszy, bezładnie opadały mu na tą anielską twarz. Wyglądał tak niewinnie, nieporadnie, bezbronnie... Całkowicie bez skazy. Perfekcyjnie czysty, nietknięty. Jak zagubione dziecko. Byłam oszołomiona. Pierwszy raz ujrzałam kogoś takiego. Byłam zapatrzona tak jeszcze przez moment, nic nie mówiąc, dopóki nie zreflektowałam się, że podaje mi lunch i dopóki nie zauważyłam, że chłopak zaczyna się lekko peszyć i krępować, spoglądając na mnie trochę wstydliwie.
- Czy... c-coś się stało? - zapytał, jakby zmieszany.
- Nie, nie, nie, nic się nie stało, po prostu wyglądasz tak... inaczej. Onieśmieliłeś mnie. - uśmiechnęłam się delikatnie, a na moje słowa na jego twarzy pojawiły się subtelne rumieńce. Nic nie odpowiedział. Co ja teraz powiedziałam? Jenyyy! Ale wygląda teraz tak uroczo! 
- Ajj, i to ja przepraszam, powinnam patrzeć pod nogi. - kontynuowałam. Niekontrolowanie spuściłam wzrok, jedną ręką biorąc od niego pudełko, a drugą nieco zawstydzona gładząc włosy za uchem. Sama nie wiem czemu to zrobiłam. Moja reakcja zaskoczyła samą mnie. Tak jak niedawno wypowiedziane przeze mnie słowa.
- Nie ważne, zapomnijmy. Jestem Lee Taemin, mów mi po prostu Taemin. Chodzę obok w szkole do pierwszej gimnazjum, miło mi cię poznać... umm... - spojrzał na mnie oczekując odpowiedzi na to, jak powinien się do mnie zwracać.
- Jestem Ami Yuno, mi też jest miło. Chodzę do 5A w podstawówce. - odpowiedziałam, już trochę bardziej wyluzowana.
- Ami Yuno... O, chodzisz do klasy razem z moim młodszym bratem, Lee Taesun. Przenieśliśmy się tutaj niedawno. A to on jest bratem tego nowego chłopaka... Właśnie się zastanawiałam, po co przenosić się na rok przed zakończeniem szkoły. Pewnie mieli jakiś powód...
- To do niego tak spieszyłem, bo dzieciak zapomniał śniadania. Czy... mogłabyś mu je przekazać? Bo wiesz... za chwilę kończy się przerwa, a jeszcze muszę wrócić na lekcje do drugiego budynku. - uśmiechnął się tak szeroko, że aż przymknęły mu się oczy, a rumieńce nadal widniały na jego policzkach.
- Yy... No tak. Znaczy, tak, pewnie, nie ma problemu i tak właśnie wracałam do klasy. - na te słowa uśmiechnął się, a jego uśmiech mówił "wiem, że chciałaś iść zjeść, nie musisz udawać".
- No to... dziękuję bardzo i wybacz, że zabrałem ci czas. Naprawdę miło było cię poznać! - ostatnie zdanie praktycznie niesłyszalnie wydukał podając mi maleńkie pudełeczko dla brata, po czym odwrócił się i potruchtał w stronę wyjścia. A ja nadal stałam jak słup, uważnie przyglądając się jak odchodzi w dal. Był taki niski, chudy, krępy. Ale tak bardzo interesujący. Wróciłam do sali na równo z dzwonkiem, dałam Taesunowi pudełko mówiąc, że to od jego brata, wtenczas mi podziękował, a ja usiadłam na swoim miejscu. Oparłam brodę o rękę i jak zawsze, spoglądałam w niebo. Znowu zaczęło padać. Meh, jestem głodna. Ale jak dłużej nad tym myślę, to warto było głodować dla takiej osoby...


Jako że jestem dzieckiem, musiałam wyrzucić go z głowy. Więcej go nie zobaczyłam. Do czasu...


3 marzec 2010 rok, Seoul, Korea Południowa, rozpoczęcie pierwszej klasy Cheongdam High School

- Teraz możecie się rozejść do domów. Od jutra plan lekcji wchodzi w życie. Do zobaczenia! - głos dyrektora wypowiadany przez mikrofon rozbrzmiewał na całej auli. Wszyscy byli szczęśliwi i zadowoleni. Z uśmiechem na twarzy dobrali się w grupki i poszli świętować rozpoczęcie szkoły średniej. Omo. Gimnazjum jakoś przeżyłam, ale w liceum ciężko będzie trzymać się na uboczu i dystansować od innych. Jeny, jakie to męczące. Chcę do domu. Zaraz, czekaj, nie, nie chcę. Nie chcę tam wracać. 
- Ami, idziesz z nami na karaoke? To znaczy, ze mną, Kyohyun,  Naeun i Jinchae. No chodź, chociaż raz, nie daj się prosić! - wrzasnęła z dala Seoyeon, nagabując mnie gestami rąk bym do nich podeszła. Nim jednak zdążyłam się zorientować, Soey pojawiła się obok mnie i biorąc pod rękę zaczęła prowadzić w stronę reszty dziewczyn.
- Ale, nieee, nie wiem... - zmarszczyłam brwi, niezbyt chętna do brania udziału w tym pomyśle, ale gdy tylko pomyślałam o wczesnym powrocie do domu odruchowo zmieniłam zdanie.
- T-to znaczy tak, chętnie z wami pójdę. - odpowiedziałam usiłując ukryć zniechęcenie pod delikatnym wydęciem kącików ust ku górze. Wtem intuicja rozkazała odwrócić głowę do tyłu, a to co zobaczyłam... Osłupiałam jeszcze bardziej niż ostatnim razem. Lee Taemin. Podświadomie wymruczałam pod nosem jego nazwisko i imię. Szedł z kolegami z klasy w naszą stronę. Nie sądziłam, że zostanie tu także w liceum. Teraz ma już 17 lat... Zmienił się trochę. Ma rudo brązowe, w zależności od światła, jasne lub ciemniejsze, włosy. Już nie są tak chaotycznie ułożone jak przedtem. Są w ładzie. Lśnią I kołyszą się niezauważalnie pod dyktandem lekkiego wiatru. Jest wyższy niż był...Dużo wyższy. I nadal chudziutki. Ale ma to swój niezastąpiony urok. I nadal jak... Anioł. Uśmiecha się. Ma taki piękny uśmiech. Jest taki...
- Ej, Amm, co ty tam mruczesz pod nosem? Mówisz do siebie? Rozdwojenie jaźni czy coś w tym guście? - z letargu wyrwał mnie głos Naeun.
- Coś ty tak zbladła i zwolniła? Źle się czujesz czy co? Nie... Czuję się dobrze. 
- Nie, wszystko w porządku, przepraszam, odpłynęłam. Wiecie, zmęczyłam się tym apelem po prostu... - spojrzałam w stronę dziewczyn, a zaraz potem jeszcze na moment się odwróciłam. Nasze spojrzenia przypadkiem się spotkały. Niemalże od razu spuścił wzrok. I wtedy na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech.

***

Troszkę długi wstęp. Ale naprawdę przyjemnie mi się pisało. Jeśli wena i chęci nadal będą tak mocno dodatnie to rozdział pojawi się niedługo :) Hwaiting!~

1 komentarz:

  1. Nie jestem fanką yaoi, więc z góry Cię uprzedzę, że takich prac czytać nie będę. Ale widzę, że dodajesz też opowiadania heteroseksualne (w tym tę właśnie pierwszą notkę) i tu na pewno zyskasz nowego, a może i pierwszego stałego czytelnika! No, przynajmniej takiego, co będzie zostawiać po sobie komentarze.
    Naprawdę mi się podoba. Rzadko opowiadania z zespołem SHINee przypadają mi do gustu i przyznaję, że niekiedy mnie zrażały, ale to też w dużej mierze czasem kwestia złego sposobu pisania danej osoby, czy dziwaczne wątki. W każdym razie, u Ciebie faktycznie mam ochotę czytać. Ładnie, składnie, bez jakichś dużych ilości błędów, widać, że starałaś się przy pisaniu tej notki. Wstęp wcale nie taki długi, jak dla mnie, dobrze zrobiłaś zostawiając go takim, jakim jest. Nie mogę się więc doczekać kolejnej części. :)
    Dziękuję, że wpadłaś na mojego bloga i zostawiłaś link do siebie. Cieszę się bardzo. Będę tu zaglądać. Lądujesz w moich zakładkach. ^^
    Pozdrawiam i powodzenia! <3

    OdpowiedzUsuń